Wokół pojęć pedagogicznych

83
Zapis rozmowy Anny Godzińskiej z redaktorami publikacji wydanej z okazji 30-lecia „Refleksji” – prof. Marią Czerepaniak-Walczak i dr. Sławomirem Iwasiowem

 

Anna Godzińska: Książka Kalejdoskop. Współczesne pojęcia pedagogiczne została wydana z okazji trzydziestolecia Zachodniopomorskiego Dwumiesięcznika Oświatowego „Refleksje”. Tom jest zbiorem artykułów publikowanych w rubryce „Wokół pojęć pedagogicznych”, utworzonej wspólnie z Katedrą Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego. Rozmowę z redaktorami publikacji, profesor Marią Czerepaniak-Walczak i doktorem Sławomirem Iwasiowem, chciałabym zacząć od jej genezy. Proszę opowiedzieć o tym, w jakim celu powstała rubryka „Wokół pojęć pedagogicznych”? Kto ją stworzył? Dlaczego stała się częścią „Refleksji”?

Sławomir Iwasiów: Zalążkiem książki, o której dzisiaj rozmawiamy, rzeczywiście była wspomniana przez ciebie rubryka „Wokół pojęć pedagogicznych”. Powołaliśmy ją do życia w „Refleksjach” mniej więcej siedem lat temu, kiedy przeprowadzałem wywiad z panią profesor do kolejnego numeru. Spotkaliśmy się wtedy na Uniwersytecie Szczecińskim. W rozmowie, już chyba poza głównym nagraniem, padł pomysł, żeby stworzyć osobne miejsce w „Refleksjach” na teksty o charakterze popularnonaukowym, które układałyby się w cykl przypominający mniej lub bardziej zorganizowany słownik czy też leksykon. Zamysł był taki: będziemy publikowali teksty, które połączą najlepsze cechy publicystyki i nauki. Formuła ta bardzo dobrze się sprawdziła, funkcjonuje na łamach „Refleksji” do dzisiaj. Zatem wydanie książki nie oznacza likwidacji rubryki. Wręcz przeciwnie – będziemy kontynuowali jej redagowanie.

Maria Czerepaniak-Walczak: Książka jest materialnym dowodem na realizację koncepcji, o której pan doktor powiedział. Okazuje się bowiem, że dzisiaj często w naukach pedagogicznych czy w humanistyce mówimy o sprawach znanych, ale od czasu do czasu trzeba odwołać się do nowych zjawisk, jeszcze raz sformułować definicje, odświeżyć słownik. To przecież w języku – zarówno potocznym, jak i naukowym, czy też w publicystyce – pojawiają się i nowe znaczenia starych pojęć, i nowe pojęcia, nazywające coś, czego do tej pory nie znaliśmy. Język jest zatem żywy, dynamiczny, podlega ciągłym przeobrażeniom. A jak się przekłada na rozmawianie o edukacji? Cóż, są to przede wszystkim rozmowy o życiu codziennym, a nie tylko o szkole czy tym, co się dzieje w klasie. To rozmowy o każdym i każdej z nas. Podczas nagrywania wywiadu do „Refleksji” okazało się, że istnieje potrzeba stworzenia swego rodzaju słownika, wspierającego nasze konwersacje o szkole i pedagogice. Nawiasem mówiąc, książka ta, jeżeli chodzi o szatę graficzną, nawiązuje do wcześniejszych publikacji wydanych w środowisku szczecińskich humanistów i filologów pod kierunkiem profesora Jerzego Madejskiego. Mam tu na myśli Interpretatywny słownik terminów kulturowych oraz Intepretatywny słownik terminów kulturowych 2.0. Kiedy wzięłam do ręki tamte publikacje, od razu powiedziałam na spotkaniu swojej katedry: robimy wersję pedagogiczną!

Dodam jednocześnie, że Kalejdoskop nie jest słownikiem. Jego autorzy są swego rodzaju tłumaczami pewnych znaczeń czy zjawisk. Właściwie nie tłumaczami, a raczej…

S.I.: …interpretatorami?

M.Cz.-W.: Interpretatorami dynamiki życia edukacyjnego.

A.G.: Tytuł rzeczywiście mógłby sugerować, że jest to słownik i że znajdują się w nim pojęcia rozpisane alfabetycznie, ale jako redaktorzy zdecydowaliście się na zupełnie inną kompozycję. To podział na cztery części, który opisałabym tak: od abstrakcji do konkretów.

S.I.: Masz rację, kierowaliśmy się zasadą: od teorii do praktyki, choć nie zawsze się ona sprawdza. Poza tym, jak pani profesor powiedziała, układ quasi-słownika powoduje oglądanie pedagogiki z dwóch perspektyw, odzwierciedlających nasze zainteresowania badawcze. Niektóre z nich są wspólne, inne mają zupełnie odrębny charakter. Moja perspektywa jest bardziej humanistyczna, a pani profesor bliższa naukom społecznym, więc jakoś te nasze kierunki patrzenia się przecinają. I o to właśnie chodziło, o taką dwoistą, a nawet wielowymiarową perspektywę. W książce znajdują się również teksty autorek i autorów reprezentujących rozmaite dziedziny, takie jak: teoria i historia wychowania, kultura szkoły, pedagogika specjalna, socjologia oraz filozofia edukacji, dydaktyka matematyki i literatury, medioznawstwo i wiele innych. Z tej mnogości dziedzin rodzą się czasami podstawowe kwestie pedagogiczne i dydaktyczne. Jak uczyć? Jaki jest sens edukacji w świecie zdominowanym przez nowoczesne technologie? Jaka będzie przyszłość nauki i studiowania? Nie zajmuje nas zatem kolejność liter alfabetu, ale problemy, teorie i praktyki współczesnej edukacji.

M.Cz.-W.: Tak, spis treści Kalejdoskopu to układ: od idei do zamysłu, za którym idzie chęć sprawdzenia go w edukacyjnej codzienności. I chciałabym zauważyć, że zaczynamy wprowadzanie czytelniczek i czytelników w poszczególne zagadnienia nawet nie tyle „od teorii”, ile od pewnej utopii, wizji edukacji idealnej, niemożliwej do spełnienia, choć bardzo mimo wszystko potrzebnej. O tym piszą przecież w naszej książce Ilona Copik czy Piotr Stańczyk, odwołując się do najnowszych tendencji w badaniach nad edukacją, jak pedagogika miejsca czy pedagogika emancypacyjna. Poprzez takie eksplanacje teoretyczne możemy przejść do samego życia, do szkolnej praxis – nie praktyki! – a więc do tego, co towarzyszy codziennej nauczycielskiej refleksji. Piszemy o tym także we wstępie do książki, w którym wprowadzamy skojarzenie mnogości teorii w naukach społecznych i humanistycznych z obrazami powstającymi w tytułowym kalejdoskopie.

S.I.: Koncepcję, którą realizowaliśmy z dużą swobodą, odzwierciedla zestaw autorek i autorów tekstów umieszczonych w tomie. Z jednej strony są to badacze, jak wymienieni profesorowie Ilona Copik z Uniwersytetu Śląskiego i Piotr Stańczyk z Uniwersytetu Gdańskiego, zajmujący się teoriami pedagogicznymi i pokrewnymi dyscyplinami, a z drugiej strony – praktycy, czyli nauczycielki i nauczyciele. Czasami te funkcje się łączą: niektórzy badacze i badaczki, pracując na co dzień w szkołach, próbują wcielić w życie teorie, o których jest tu mowa. Nierzadko piszą o tym w swoich tekstach, co stanowi swoisty transfer wiedzy między różnymi dyscyplinami i profesjami funkcjonującymi w obrębie szeroko pojętej edukacji.

M.Cz.-W.: Dodam jeszcze, że tutaj uwidoczniły się ciekawe zależności i powiązania między teorią i praktyką. Bycie nauczycielką/nauczycielem w szkole może iść w parze z badaniami na uniwersytecie, ale też praca uniwersytecka, naukowa, ma swoje ujście w dydaktyce na uczelni, w zajmowaniu się studentami, w pracy zespołowej.

A.G.: Skoro mówimy o autorkach/autorach – jaki był klucz doboru artykułów?

M.Cz.-W.: Struktura „od teorii do praktyki” narzuciła dobór tekstów, które – w naszym przekonaniu – najpełniej wskazywały na te problemy, które są „gorące”, współczesne, więc trudno byłoby je pominąć. Z żalem stwierdzam, że nie mogliśmy pomieścić wszystkiego, co do tej pory ukazało się w rubryce „Wokół pojęć pedagogicznych”, a także w innych działach „Refleksji”.

S.I.: Z kilku rzeczy zrezygnowaliśmy, ale też na tym polega sens aktywności naukowych w obszarze humanistyki czy nauk społecznych, czy nauki w ogóle, że pewne rzeczy trzeba porządkować – również z takiego nastawienia, z chęci układania, dopasowywania do siebie różnych elementów wynika układ tomu. To nieoczywisty porządek, który jednocześnie odzwierciedla nasze nieustanne zmagania z chaosem teorii.

A.G.: Znamy już mniej więcej zawartość Kalejdoskopu. Zapytam więc o tytuł, który jest intrygujący, oraz o okładkę. Ciekawi mnie metafora kalejdoskopu w kontekście pedagogiki. Kto ją wymyślił?

S.I.: To był wspólny pomysł. Wszystkie drogi, które tu otwieramy, prowadzą do metafory kalejdoskopu, albo odwrotnie: metafora kalejdoskopu prowadzi nas do tych wszystkich pomysłów czy idei zawartych w książce. Kalejdoskop to urządzenie o naukowym rodowodzie, a jednocześnie prosta zabawka, której cały urok polega na „systematycznej przypadkowości”. Zastanawialiśmy się nad tym – być może właśnie tak jest ze współczesną nauką? Może jest ona ciągle zmieniającą się układanką teorii, problemów, pojęć? „Zorganizowanym chaosem”, który podlega zasadom samoregulacji i samoodtwarzania?

M.Cz.-W.: Przyświecała nam myśl: nie ma rzeczy ostatecznych. Nawet w nauce nie ma granic. Fizycy nieustannie prześcigają się w formułowaniu teorii, prowadzących do poszerzania naszego rozumienia rozmiarów Wszechświata. Biolodzy, zajmujący się życiem, odkrywają nieznane do tej pory zjawiska. Nie inaczej jest z humanistami, ciągle obserwującymi rzeczywistość. Proszę spojrzeć na pandemię – to nowe doświadczenie społeczne, a zatem nowe tezy i problemy do zbadania. I nowy obraz w kalejdoskopie.

S.I.: Natomiast jeśli chodzi o grafikę na okładce, to próbowaliśmy znaleźć dobry obraz z wnętrza samego kalejdoskopu. Niestety, takie zdjęcia są mało atrakcyjne.

A.G.: Czyli widok z wnętrza kalejdoskopu jest interesujący, ale tylko dla tego, kto rzeczywiście patrzy w obiektyw?

S.I.: Tak, chodzi o to, że tylko prawdziwe patrzenie w kalejdoskop jest przyjemnością. Wtedy można docenić zmieniający się układ kolorowych szkiełek, bawić się nimi, cieszyć ich ruchem. Pomyśleliśmy zatem, że okładka powinna oddać tę wielowymiarowość koncepcji, które są w książce umieszczone. Stąd kolorowe „plamy” – jakby przypadkowe, ale jednak w przemyślany sposób skomponowane.

M.Cz.-W.: Od razu dodam, że nie ma w książce żadnych recept, nie ma zamkniętych koncepcji, instrukcji. Te pojęcia są pulsujące, otwarte na „dalsze ciągi”. Którekolwiek z nich weźmiemy, ma ono i swoje korzenie, i swoje całkiem realne kontynuacje. Jak w kalejdoskopie, w którym nowe obrazy nie mają końca.

A.G.: Chciałabym na chwilę wrócić do zagadnienia języka. Mimo wszystko tytuł książki kojarzy się ze słownikiem, do pewnych haseł państwo się tutaj jednak odnoszą. Które z tych pojęć – przypomnijmy, że teksty powstawały na przestrzeni sześciu lat – stały się archaiczne albo zmieniły swoje znaczenie, zdezaktualizowały?

S.I.: Przychodzi mi do głowy pojęcie kultury szkoły – ono mieni się dzisiaj różnymi znaczeniami, raz traci swoją aktualność, to znowu ją zyskuje. Pandemia pokazała, jak bardzo kultura szkoły jest zmienna, na ile można ją redefiniować, kształtować. Znowu powiedziałbym: zmienia się ona jak w kalejdoskopie. Warto wspomnieć, że ta metafora pochodzi z książki pod tytułem Kultura szkoły w rozwoju szkoły, w której Inetta Nowosad, profesorka pedagogiki z Uniwersytetu Zielonogórskiego, pisze na temat operatywności metafory kalejdoskopu. Ta książka także nas zainspirowała.

M.Cz.-W.: Każda zmiana może budzić przerażenie w gronie nauczycieli, rodziców i uczniów. Niepokój, ale specyficzny – jakbyśmy wchodzili po raz pierwszy do teatru, choć z grubsza wiemy, czego się spodziewać. Trudno mówić o czymś takim jak kultura szkoły, a raczej – kultury szkoły, bo w obrębie dużej kultury szkoły istnieje ich wiele: jest kultura klasy szkolnej, ale i kultura korytarza, boiska, pokoju nauczycielskiego. Na marginesie dodam, że któregoś razu profesor Ireneusz Kawecki, który w na początku lat dziewięćdziesiątych prowadził badania jakościowe wśród nauczycieli, powiedział, że najbardziej go kusi, żeby położyć dyktafon w pokoju nauczycielskim. Miał bowiem świadomość, że kiedy tam wchodził, pewne wątki milkły. Przekonywaliśmy go wtedy, że to byłoby zagranie nieetyczne. Dlatego też poznawanie kultury jest bardzo trudne: jej uczestnicy będą „wciskać” nam, co zechcą, a my naiwnie przyjmiemy to za dobrą monetę. Wspominam o tym w książce Proces emancypacji kultury szkoły. Kulturę szkoły można badać na wiele tradycyjnych sposobów, ale warto szukać takich właśnie kalejdoskopowych metod. To nas prowadzi do zagadnienia języka, o który pani spytała – może się okazać, że wchodząc do szkoły poczujemy się jak w środowisku natywnych, rodzimych mieszkańców Afryki Środkowej. Oni mówią swoim językiem, a nam się wydaje, że my wiemy, co tam się dzieje. Otóż raczej nie mamy o tym pojęcia! Wiele nieszczęść – i osobistych, i zbiorowych – bierze się z tego, że czytamy to, co się dzieje w szkolnych interakcjach edukacyjnych przez pryzmat własnych doświadczeń. W kontekście pojęć, o których mówimy, warto podkreślić, że są one właściwie taką iskrą budzącą refleksję. To nie jest ani wykład, ani komunikat uznany za prawdę. To po prostu iskra, która ma pobudzić własne myślenie, postawić pytania, zmusić do szukania nowych rozwiązań. Tak patrzymy na przykład na kategorię oporu.

Pytała pani, czy w międzyczasie któreś pojęcia się zmieniły… Myślę, że to, co profesor Maciej M. Sysło napisał o myśleniu komputacyjnym, przy dzisiejszych doświadczeniach, wymagałoby rewizji. Profesor Anna Babicka-Wirkus pisze o oporze – jego rozumienie i funkcje zmieniają się na naszych oczach!

S.I.: Co oczywiście nie znaczy, że te dwa wspomniane przez panią profesor teksty są mniej wartościowe. Przeciwnie: inspirują do myślenia przez swoją aktualność. Mogą być zachętą do dalszych poszukiwań, lektur, badań.

A.G.: Spostrzeżenie o aktualności wydaje mi się ciekawe. Czy taki był zamysł? Uruchamiania w czytelnikach zgody lub niezgody, refleksji i przemyśleń dotyczących tych pojęć?

M.Cz.-W.: W dużym skrócie, tak. To nie jest katechizm.

S.I.: To także nie, o czym już powiedzieliśmy, encyklopedia czy słownik, w takim sensie, w jakim tego rodzaju publikacje „objaśniają” stan faktyczny.

A.G.: We wstępie, zatytułowanym Jak w kalejdoskopie? O zmienności słownika pedagogiki w XXI wieku, piszą państwo dużo o języku i jego funkcjach. Język – wiemy wszyscy – ma ogromne znaczenie i w jakiś sposób wypływa na rzeczywistość, kształtuje ją, zmienia. Ostatnie półtora roku – jeżeli chodzi o edukację i nie tylko – to specyficzny okres. Co się wydarzyło z naszymi językami opisu rzeczywistości? Jak odnoszą się państwo do takich problemów, jak nauczanie zdalne czy hybrydowe?

M.Cz.-W.: Użyła pani słowa „hybryda” – to w istocie twór, który jest niezdolny do reprodukcji. Jeżeli mówimy o edukacji hybrydowej, „nauczaniu hybrydowym”, to znaczy że to „coś”, co powstaje, jest wytworem niezdolnym do wydania na świat innych tworów. Nie chcielibyśmy tego, prawda? Czasem dość mechanicznie przyjmujemy pewne słowa, które mogą budzić wątpliwości. Nic mnie bardziej nie martwi, aniżeli wezwania do zachowania „dystansu społecznego”. Podkreślam: bądźmy blisko siebie społecznie, ale zachowajmy dystans fizyczny, jeśli to konieczne. To nie tylko semantyka – każde takie wyrażenie ma daleko idące konsekwencje. „Zdalna edukacja” – jakie ma znaczenie? Czy nie oznacza na przykład swoistego oddalenia od edukacji, zdystansowania się od jej form, środków i celów? Te półtora roku rzeczywiste jest czasem namysłu nad językiem, używanym zarówno w mowie potocznej, ale też w nauce.

A.G.: Jakie są wasze doświadczenia edukacyjne z czasu pandemicznej rzeczywistości?

S.I.: Powiedziałbym tak: różnorodne. To na przykład perspektywa pracy ze studentami i doświadczanie tych zmian edukacji, które nie zawsze są łatwe do szybkiego przyswojenia. Jak mówić do pustego ekranu? Jak rozmawiać z awatarem? Jakich metod dydaktycznych używać? Mimo wszystko trzeba pamiętać, że nauczanie na odległość sprzyja wielu osobom – na przykład tym, które zmagają się z niepełnosprawnościami. Poza tym odnoszę wrażenie, że ten rodzaj nauki czy studiowania pomaga przezwyciężyć pewne kłopoty komunikacyjne, dużą nieśmiałość, skłonności introwertyczne, co może być w jakimś sensie terapeutyczne. Ktoś może zabłysnąć, nawet jeśli słabiej sobie radzi w tym świecie, który wciąż nazywamy „realnym”.

Wydaje mi się jednak, że wpływ nauczania zdalnego będzie długofalowo negatywny, mimo że pewne kompetencje, nabyte w tym okresie, na pewno z nami zostaną. Natomiast te negatywne strony edukacji zdalnej będą się ujawniać w ciągu najbliższych lat – badania na ten temat prowadzą między innymi pedagodzy, także w ośrodku szczecińskim. O tym również piszemy po części w Kalejdoskopie.

M.Cz.-W.: Tę wymuszoną edukację zdalną cechuje pozorowanie. Czym innym jest biegłość w korzystaniu z wybranych ofert mediów cyfrowych, a czym innym uczenie się z ich użyciem. Ani platformy cyfrowe, ani media społecznościowe nie zastąpią doświadczenia interakcji w bezpośrednim kontakcie. W „pokoju” na MS Teams czy Zoomie nie poczujemy zapachu, dotyku, temperatury w jego wnętrzu, a to są nieodłączne elementy bycia z innymi i uczenia się od innych, obserwowania emocji, języka ciała. Pytałam uczestników i uczestniczki moich zajęć o rodzaj sprzętu, z którego korzystają. Część korzysta z laptopów, ale wiele osób ze smartfonów. Przyznam, że nie pytałam o koszt finansowy edukacji zdalnej. Pewnie dla osób mieszkających poza miejscem studiowania fakt niepłacenia za lokum w mieście jest korzystny, ale pozostają koszty prądu i opłaty za internet. Jednak to, co jest najbardziej odczuwalne, to ograniczony dostęp, a nawet brak dostępu do bibliotek, co stanowi niedogodność w czasie pisania prac dyplomowych.

Dla mnie najbardziej niekomfortowy jest brak możliwości bezpośredniego obserwowania reakcji na moje informacje i pytania. No i prowadzenie zajęć z ograniczoną mobilnością, na siedząco. I oglądanie siebie. W czasie długiego stażu nauczycielskiego „przeglądałam się” w oczach studentów i studentek, a teraz ciągle widzę swoją twarz i ikonki uczestników i uczestniczek seminarium czy wykładu.

Moje osobiste doświadczenia, obserwacje oraz przeczytane raporty krajowe i międzynarodowe powodują, że podzielam zdanie kolegi na temat efektów edukacji w czasie pandemii. Prawdziwe efekty powszechnej zdalnej edukacji, na każdym etapie kształcenia, będą widoczne przez wiele lat. Zarówno te, które odnoszą się do wiedzy i umiejętności, ale zwłaszcza te, które odnoszą się do emocji i relacji międzyludzkich oraz kondycji zdrowotnej i nawykowych zachowań w życiu codziennym.

Ale są i myślę, że pozostaną z nami, pozytywne doświadczenia, do których zaliczam organizowanie i zdalne uczestniczenie w realizacji projektów, szkoleniach, seminariach i konferencjach, zarówno lokalnych, jak i krajowych oraz międzynarodowych. To ożywiło relacje profesjonalne i akademickie, poszerzyło kręgi uczestników aktywnych i biernych. Nie mówiąc już o obniżeniu kosztów uczestniczenia w tych spotkaniach oraz zmniejszeniu nakładu czasu. Praca nad tą książką też odbywała się z wykorzystaniem tych doświadczeń.

A.G.: Czy któryś z tekstów zamieszczonych w Kalejdoskopie powstawał już w czasie pandemii?

S.I.: Tak. Najnowszy jest tekst Anny Babickiej-Wirkus, dotyczący oporu, i tak jak wcześniej pani profesor zauważyła, jego tezy przecinają się z doświadczeniem pandemicznym.

M.Cz.-W.: Wiem, że autorki i autorzy dostali swoje teksty do wglądu – z prośbą o uzupełnienie lub uaktualnienie. I często z tej możliwości korzystali.

S.I.: Oczywiście. Na przykład tekst Krzysztofa Flasińskiego, dotyczący miejsca mediów społecznościowych w procesie nauczania-uczenia się, został zaktualizowany w trakcie pandemii. Tak było w przypadku zdecydowanej większości artykułów.

A.G.: Gdyby miała powstać kolejna część Kalejdoskopu, takie wydanie poprawione, postpandemiczne, to jakie jeszcze istotne pojęcia uwzględniłaby?

Cz.-W.: Na pewno takie wyrażenie jak „interakcja edukacyjna” wymaga rewizji w stosunku do tego, co znajduje się w dotychczasowych tekstach czy podręcznikach, bo właśnie nabiera ono teraz zupełnie nowego wymiaru i sensu. Jeżeli więc byłaby kontynuacja, to na pewno z wykorzystaniem zjawisk, które już istnieją. Pan doktor wspomniał o osobowych korzyściach płynących z faktu zasłonięcia kamerki, z chowania swojej prywatności, ale myślę, że wiele bólu i cierpienia dostarczały też sytuacje, gdy obcy „wtargnął” do intymnych miejsc w naszych domach. Poza tym są także ci, którzy znaleźli się poza zasięgiem i tutaj myślę dosłownie: o dostępności sieci. Zdarzają mi się przerywane zajęcia ze studentami, bo ktoś mówi, że musi się przenieść na drugi koniec wioski, bo tylko tam ma zasięg. Gdy mówię, że podzielę się ekranem, słyszę: „No tak, ale na moim telefonie to jest za małe, żeby widzieć!”. A więc to, co nazywamy „wypadnięciem z systemu” zostawi swój ślad na długo. Ludzie nie zawsze zechcą się przyznać, że byli w takiej sytuacji, że musieli się dzielić sprzętem czy przestrzenią. Wstydzą się tego.

A.G.: Mamy więc kolejne hasło: „wykluczenie edukacyjne”.

S.I.: Byłby to temat na osobną publikację. Defaworyzacja cyfrowa jest chyba najbardziej dojmującym doświadczeniem edukacyjnym po pandemii – zobaczyliśmy to właśnie wtedy, kiedy uczennice i uczniowie nie mieli dostępu do komputerów. Jasne, świetnie się pracuje, jeżeli mamy w domu najnowocześniejszy sprzęt, szybkie łącze internetowe. A co jeśli cała rodzina – składająca się z wielu osób – musi sobie radzić przy użyciu jednego laptopa i smartfonów? Trudno to nazwać komfortowymi warunkami edukacji. W związku z tym nierówności, które i tak istnieją, jeszcze bardziej się pogłębiają.

M.Cz.-W.: Jeżeli słyszę od moich koleżanek z uniwersytetu, że przynoszą prace swoich dzieci po to, żeby je zeskanować i odesłać do szkoły, to myślę sobie: co mają zrobić ci, którzy wykonują zawody niedające dostępu do takich urządzeń? Jak sobie z tym radzą? I jak możemy im pomóc?

S.I.: Nasze społeczeństwo nie jest przystosowane do funkcjonowania w warunkach zdalnej nauki. My mówimy jednak z perspektywy zawodów faworyzowanych – pracowników badawczo-dydaktycznych uniwersytetu – choć to „faworyzowanie” także jest dyskusyjne. Ale niech będzie: możemy pozwolić sobie na tego typu funkcjonowanie, żeby rano poprowadzić wykład czy zajęcia, po południu napisać artykuł, a później zrobić jeszcze coś innego – dla studentów, dla własnego rozwoju. Albo też ten porządek odwrócić, zależnie od predyspozycji i potrzeb. Mimo wszystko dla wykładowcy czy nauczyciela praca zdalna jest i możliwa, ma wiele zalet. Komplikacje zaczynają się wtedy, gdy mówimy o większej rodzinie, pracy zdalnej w tym samym mieszkaniu albo nawet pomieszczeniu, gdy trzeba i zajmować się dziećmi, i wykonywać typowe czynności „biurowe”. Całkowite przestawienie się na zdalną edukację jest z tych powodów niemożliwe, wymagałoby reorganizacji życia społecznego, ponownego przemyślenia roli i funkcji szkoły.

A.G.: Brzmi to wszystko niezwykle smutno, a spotykamy się przecież w radosnym momencie trzydziestolecia „Refleksji” i dlatego na koniec zadam pytanie, które – mam nadzieję – doprowadzi nas do optymistycznych wniosków. Chciałabym poprosić państwa o pozytywne prognozy i wnioski z tego półtora roku edukacji w pandemii. Co dobrego możemy z tego doświadczenia wynieść?

S.I.: Pisaliśmy o tym trochę w książce. Pozytywnym aspektem tej sytuacji może być to, że pewne rygory edukacyjne ulegną rozluźnieniu. Czy będziemy mieli mniejszą ochotę do kontrolowania wszystkiego, co się dzieje w środowisku szkolnym? Rzadziej będziemy stosowali w edukacji retorykę przymusu? Nie będziemy odwoływali się do nagród i kar? Marzyłaby mi się taka szkoła, w której wolność jest najwyższą wartością.

M.Cz.-W.: Ta zmiana, o której pan mówi, może się niestety nie wydarzyć, choć także bardzo bym jej chciała. Jesteśmy tak bardzo zsocjalizowani do szkolnego trybu życia, że niektórzy tęsknią za rygorem ławki, tablicy i kredy. Natomiast pozytywna wydaje się konieczność redefinicji roli pracy nauczycielskiej. Może wreszcie dostrzeżemy, jak ważną rolę społeczną pełnią nauczycielki i nauczyciele?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ